Do Ciebie, który boisz się miłości.

To było jak policzek.
Ciemny wieczór, samochód, wyłączone światła. Jedna jedyna lampa na ulicy oświetlała chodnik i jezdnię. Gdzieś w oddali słychać było głośną muzykę, w powietrze wybuchały co chwila iskry z ogniska, to sąsiedzi zaprosili przyjaciół na wspólny wieczór, gorący, jeden z ostatnich wiosennych. Na plaży siedziała młodzież, w radio leciała akurat ta piosenka, przy której młode dziewczyny płaczą, a chłopcy nucą ją, by porwać w ramiona młode dziewczyny. Świerszcze, mewy i szelest liści. I słowa „przecież oboje przystaliśmy na ten układ, było nam dobrze”. Układ? Układ, kurwa? Naprawdę? I myśl „to nie miało tak wyglądać, nie pisałam się na układ”. Jak obuchem w łeb, jak cios w splot słoneczny. Kolejnego dnia lot – 3000 kilometrów dalej. Koniec układu, koniec obiadów, spacerów, książek. Łzy, niepokój, strach, niemożność złapania oddechu, duszę się.

Wpadasz głęboko, zawsze. Intensywnie, w pełni, mocno i bez trzymanki. Rollercoaster przy tym to dziecięca huśtawka. Nie rzucasz słów na wiatr, ważysz je i mierzysz, dobierasz odpowiednio, ale jak już poczujesz, zaufasz, obdarzysz uczuciem, to nie ma nikogo bardziej lojalnego i oddanego. To tyle, jeśli chodzi o Twoje podejście. Podejście do przyjaźni. Bo miłość… miłość to inna para kaloszy, to działa inaczej, to inne emocje i uczucia. Miłość…

Jest takie lustro, w którym gdy się przeglądasz, widzisz swój największy strach. Ty patrzysz w nie, mrużysz oczy i masz. Miłość romantyczna jako największy demon, wróg, nieprzyjaciel, zdrajca. Boisz się.

Inny ciemny wieczór. Dlaczego to wszystko wydarza się wieczorem?

Spacer nad rzeką, księżyc w nowiu, niebo pełne gwiazd. Zbyt lekka kurtka zarzucona na ramiona, drżący głos. Niby od mrozu, od przeziębienia, niby to szalik go zniekształa. Cicha rozmowa. „Będziemy mieszkać w małym domku pośrodku niczego, a na starość dzieci naszych dzieci siadać będą z nami na ganku. My w bujanych fotelach, trzymając się za dłonie, Ty z herbatą, ja pod kocem. Będziemy opowiadać im o tym, co robiliśmy, jacy byliśmy, jak nam było wspaniale w życiu. A dom będzie drewniany”. Tego samego wieczoru pocałunek w czoło. Ja uciekam, dbaj o siebie.

Boisz się, tylko czego? Tylko skąd, dlaczego? Bo ojca nie było, bo matka była zapracowana, bo starszemu rodzeństwu nigdy nie udawały się związki? Bo pierwsza miłość obiecała złote góry i zniknęła, bo nikt nigdy nie był taki jak Gilbert dla Ani? Boisz się zaufać, otworzyć. Nie przyjaźnisz się. Kochanek to nie przyjaciel, twardo trzymasz się tej zasady, a ona twardo obija Twoją twarz o zimny kamień w murze. Nie pozwalasz dotknąć duszy, nie ma jej w Tobie dla ukochanej osoby. Zamiast wybuchów radości mówisz „jest ok”, a przecież przed chwilą z przyjaciółmi głośny śmiech i skoki pod sufit nie mogły się skończyć. Czy to strach przed zranieniem, odrzuceniem, zdradą, porzuceniem? Skąd blokada uczuć, skąd niepewność słów, skąd cynizm?

Oni zawsze tak mówią, i wieczorem, i o poranku. „Jeszcze nigdy nikt mnie tak bardzo jak Ty, jeszcze nigdy nikogo tak jak Ciebie. Teraz to już będzie pięknie, gwiazdkę z nieba Tobie dam. I dom zbuduję i na rękach będę nosić”. Słowa o miłości szeptane do ucha, pocałunek w czoło, herbata z malinami na gardło i mocne przytulenie na zimnej poduszce. Wieczór, gdy leżysz w wannie, a on czyta Zafona. Urodziny, gdy dostajesz kompas z napisem „zawsze Cię znajdę i zawsze będę czekać”. Najpierw patrzysz  na te słowa i gesty przez palce, długo to trwa.

A później mówisz sobie: raz kozie śmierć. I zakochujesz się.
Ale to dziwne… gdy Ty zaczynasz kochać, on przestaje. Za każdym razem. Później tylko słyszysz „bo Ty musisz mieć na wszystko dowód, gdy go nie dostajesz, to to nie istnieje”. Boli. Boli, bo wyszło na to, że czekanie trwało za długo, a Ty za bardzo się zmieniasz – to też słyszysz.
Oddajesz siebie i nagle jednak nie ma nic w zamian, a siebie też tracisz. Równowaga w przyrodzie, tak to się chyba nazywa. I mówisz sobie – pierdolić to, więcej się nie otworzysz. I rzeczywiście, pas.

Z tym, że zawsze, ale to zawsze, prędzej czy później pojawia się ktoś, kto czaruje, kto zadaje dobre pytania, szuka właściwych odpowiedzi, trzyma mocno w talii, tak jak lubisz. I po jakimś czasie mówisz sobie… może teraz? Może już czas? Aż któregoś razu nie umiesz, nie potrafisz się otworzyć, starasz się, ale masz kamień zamiast serca.

Żyjecie pod jednym dachem, śpicie w jednym łóżku, jecie jednym widelcem. I nagle słyszysz „nie znam Cię, nie wiem kim jesteś”. I to jest prawda. Bo Ty nie mówisz, nie otwierasz się. Nie ufasz i nie dzielisz się niczym co ważne, mądre, piękne i z serca.  Któregoś dnia wracasz do domu, a on jest pusty. A jeszcze wczoraj tętnił życiem, jeszcze wczoraj istniał.

Jest wieczór, znowu. Może właśnie od tego one są? Od uczuć, emocji, płaczu i podejmowania najważniejszych decyzji? Gdy sprawy dnia są zamknięte, każdy inny żyje swoim życiem, nie ma nic ważniejszego niż ta chwila, ten moment, ten czas. Stół, kubek, kartka papieru. Świeczka. Ty. Minęło pół roku, półtora, trzy lata. I ta jedna ususzona róża w wazonie. Myśl: „czy skoro zraniłam się kolcem jednej róży, to każdy kolejny musi ranić?”. Myśl: „jeśli ja jestem szczera i otwarta, to czy nie powinnam tak potraktować innych – wierzyć w to, że są szczerzy i otwarci?”. Myśl: „patrzenie na sytuacje w teraźniejszości przez pryzmat złych doświadczeń z przeszłości nie pozwala zakwitnąć niczemu pięknemu, na starcie podcina skrzydła nowemu, pozbawia możliwości przeżycia czegoś zapierającego dech w piersiach”. I świadoma decyzja: otworzę się, zaprzyjaźnię, będę mówić i wybuchać emocjami. Bo może i kolejny raz zostanę zraniona, ale może tak się nie stanie? Może tym razem będzie inaczej? Jeśli pięć razy wbito nóż w serce, to może za szóstym ręka się omsknie, a może noża w ogóle nie będzie? A nawet jeśli będzie, to wstanę, wyniosę lekcję, pójdę dalej – silniejsza – i zaufam znowu. I znowu, i znowu. Tak chcę, tak czuję. Bierz mnie, daję się.

To nie jest mało. To nie jest łatwe. Nie bać się miłości, gdy człowiek całe życie w strachu żył i od miłości uciekał albo rozmijał się z nią w czasie, to nie jest takie hop siup. Ale…to życie jest tylko jedno. A przeżycie go w pełni jest warte każdego ryzyka. Ryzykuję.

>>> PRZECZYTAJ INNE LISTY ZOSI: TU i TU <<<

>>> POLUB NASZ FANPAGE I BĄDŹ NA BIEŻĄCO: KLIK <<<

2 Replies to “Do Ciebie, który boisz się miłości.”

  1. […] Do Ciebie, który boisz się miłości i Do Ciebie, który nie masz czasu […]

  2. […] Do Ciebie, który czekasz na odpowiedni moment i Do Ciebie, który boisz się miłości […]

Dodaj komentarz