Do Ciebie, który wolisz ranić siebie, niż innych.

W świetle dnia Twoje oczy wydają się być błękitne, to podobno oznaka delikatności. Ale kiedy indziej są jakby piwne – gdy mocno się przyjrzę – a to świadczy o lojalności. I patrzę na Ciebie, i widzę w oczach duszę, tę spokojną, nieco chaotyczną i czasem zagubioną. Lubisz ludzi, otaczasz się nimi, z nich czerpiesz, i im dajesz siebie. Lojalność to Twoja mocna strona, empatia też. Tak mocne, że niekiedy aż z nimi przesadzasz.

Znam Cię, niekiedy widzę w tych oczach siebie. Tamtą, kiedyś, dawno. Tamtą opanowaną, cichą, w kłótni stojącą z boku i słuchającą jednym uchem. Tę ze swoim zdaniem, o które niekiedy się walczy, ale niekiedy lepiej zachować je dla siebie, by nie zranić, nie skrzywdzić słowami, nie wywołać poczucia winy. Nie powiedzieć za dużo, przemyśleć, zdusić chęć w zarodku, nie pozwolić wykluć się słowom – od myśli do słów było daleko, dzielił je trudny do pokonania mur niepewności, dziwnej miłości, lojalności, słowaraniąbardziejniżczynyości.

Ha! Lepiej Ci powiem. Sto lat temu, w innym życiu, umiejscowiłam bohaterkę opowiadania w ciemnym lesie i z mokrymi od łez policzkami. Napisałam wówczas – zgodnie z sercem, serce czasem bywa zabawne, nie sądzisz? – że lepiej jest być rzuconą, zostawioną ze smutkiem, żalem i bólem niż rzucać, zostawiać, odchodzić.

Postawa iście samarytańska, wziąć na siebie ból i zapłakiwać się do utraty tchu dla niesmutku kogoś. Nie, nie myślałam wówczas, że są chwile i relacje, w których odchodząc, robicie sobie przysługę i uwalniacie się z czegoś bardzo złego. Nie, nie wpadłam na to, że zostawić kogoś to niekiedy go uratować, i siebie uratować. Mało wówczas myślałam.

Podkładanie się, odpuszczanie, niewalka, niewola, niechęć kłótni i schowanie siebie na poczet świętego spokoju prowadzi donikąd. A donikąd to gorzej niż do piekła.

Czy Ty, tak jak ja kiedyś, też nosisz w sobie przeświadczenie, że lepiej przemilczeć i nie powiedzieć o tym, co Cię boli, co rani, złości i irytuje, byleby nie wywołać lawiny pytań, pretensji i żalu?

Dziwny to żal. Zupełnie niepotrzebny i nieuzasadniony. Sto lat minęło od czasu, gdy pisałam tamto opowiadanie i dziś już nie przemilczam. Mówię. Mówię, co boli, co wkurza, co rani, co smuci, co jest złe, toksyczne, fałszywe, niepotrzebne i niewnoszące niczego poza złą atmosferą. Mówię. I nie boję się, że zranię. Czas jakiś tamu mądra długonoga kobieta z czerwonymi ustami powiedziała mi: „Niewypowiedziane słowa bolą bardziej niż te powiedziane głośno”.

No tak…gdy duszę w sobie, gotuje się we mnie, wrze i bulgocze. Pod powierzchnią gorąca lawa wzbierająca niczym lawina, ale zewnątrz – cisza, pustka, spokój. Pozory. „Nie powiem” – myślę, zaciskając zęby i trzymając pięści zaciśnięte – „nie powiem, bo i po co, to zaboli, a ja sama sobie to przecież ułożę”. Bzdura! Gówno prawda.

Nie mówisz – i tak sączysz jad. Nie mówisz – w końcu wybuchasz. Nie mówisz – nie jesteś w prawdzie. Nie mówisz – nie ma Cię. Nie tworzysz zdrowej relacji. A jeśli zdrowej relacji nie ma, to każdy siebie rani. I koło się zamyka.

Więc mówię. Bo wolę prawdę, kłótnię, dojście do porozumienia, wytłumaczenie sobie i zrozumienie drugiej osoby, a nie – ciszę. Gdy mówię, nie ma miejsca na żal i zranienie drugiej strony. Jeśli ona jest dojrzała – a zakładam, że jest – to komunikat będzie pstryczkiem do zmiany, do zastanowienia się, do nabrania dystansu i dobrej dyskusji. Może i zaboli, z początku – ma prawo – ale później uleczy. Sprawdzone info.

Gdy mówię, jestem. I nikt nie musi domyślać się „o co chodzi, co robię nie tak, co mogę poprawić, jak pomóc”. Gdy mówię, jestem transparentna. A gdy jestem transparentna, mogę też przyjmować uwagi, dobrą krytykę i sugestię i nie brać ich do siebie, tylko wziąć do serca i być lepszym człowiekiem.

Wiesz, tak naprawdę, Twój kolor oczu nie ma znaczenia. Podobno w ogóle nie istnieje coś takiego jak kolor tęczówek, to tylko kąt padania światła tworzy iluzję koloru. I obojętnie co jesz na śniadanie i w jakiego boga wierzysz – mów i działaj, otwarcie i zgodnie z sercem. Jak masz w sobie szczerość, nie ma miejsca na zranienia. Serio serio.

PS. A niekiedy gdy odchodzisz, nie ranisz. Pomagasz. tak.

Inne Listy Zosi: TU i TU.

2 Replies to “Do Ciebie, który wolisz ranić siebie, niż innych.”

  1. […] >>> Do Ciebie, który wolisz ranić siebie, niż innych<<< […]

  2. […] Przeczytaj inne Listy Zosi: TU i TU […]

Dodaj komentarz