Do Ciebie, która boisz się odejść.

Płakałaś. Dniami i nocami. Pamiętasz, gdy którejś nocy płakałaś tak bardzo, że musiałaś wstać i wyjść na korytarz, bo bałaś się, że Twój ukochany się obudzi? Obudził się i tak, zapytał, o co znowu Tobie chodzi, przewrócił na drugi bok i okrył szczelnie swoją kołdrą. A Ty stałaś przy oknie, w lekkiej koszuli nocnej, łzy płynęły po policzkach niczym Nil, żłobiąc w nich głębokie bruzdy. Łzy znały Twoje policzki tak dobrze, jak Ty znałaś to uczucie beznadziejności i bezsilności.

To uczucie, przez które krzyczałaś bardzo głośno, gdy wszyscy w mieście już spali, a Ty biegłaś bez tchu wzdłuż rzeki. Było w Tobie kłębowisko emocji i uczuć, był strach, gniew, frustracja, histeria, smutek, żal, panika. Byłaś naga w swojej głowie, a mimo to miałaś wrażenie, że nie możesz znaleźć perły spokoju, która ukryła się gdzieś w fałdach materiału myśli.

Tamtej nocy, gdy w koszuli nocnej stałaś w oknie, z nieba padał wielki deszcz. Płakał z Tobą świat. Po raz kolejny byłaś z kimś, kto Cię gasił, kto zgasił w Tobie lekkość, radość, śmiech. Słońce zgasło, schowało się za horyzontem i nic nie było w stanie go stamtąd wyciągnąć. Kiedyś skakałaś przez kałuże, dziś byłaś kałużą ciszy i szarości. Tamtej nocy po paru kwadransach wróciłaś do łóżka, pocałowałaś ukochanego w czoło, okryłaś się z obrzydzeniem swoją kołdrą i zasnęłaś, ukołysana przez marzenia o lekkości. Już dawno nikt nie kołysał Cię do snu. Lubiłaś poranki, mogłaś wychodzić do świata, do ludzi, do śmiechu, radości i braku problemów. Udawałaś, że ich nie ma. A w głębi duszy pytałaś siebie samą: co ja tutaj robię, dlaczego znowu w to wpadam i siedzę w bagnie po uszy?

Jechaliście autem. Najpierw dziękował za to jesteś, mówił, że Cię potrzebuje, że chce, byś była. Później mówił źle, i gorzej, i mniej miło. Robił to, bo Ty powiedziałaś to, co czułaś i jak Ci było. I to nie zgadzało się z tym, co on myślał.  Zaczął płakać, a Ty chciałaś go pocieszyć. Ale przecież to Ty wówczas potrzebowałaś pocieszenia. „Jestem wampirem emocjonalnym”, powiedział. Zaprzeczyłaś. Dojechaliście do domu, położyliście się na materacu. Tej nocy – jak każdej innej – kochaliście się i było pięknie. Zastanawiałaś się, jakim cudem jest to możliwe – kochać tak mocno, że nie można bez siebie żyć, ale tak też mocno, że nie można ze sobą być.

Czego się bałaś, czego bałaś się za każdym jednym razem, gdy czerń zaczynała górować nad bielą? Przecież nie bałaś się samotności, byłaś z nią zaprzyjaźniona. Czy bałaś się utraty siebie, bo dałaś tej relacji wszystko, co miałaś? Czy bałaś się braku dotyku i bliskości, poczucia bezpieczeństwa? Spójrz – jak ktoś, kto biczuje Cię swoimi emocjami, może dawać Ci poczucie bezpieczeństwa? Zawsze, gdy wracałaś do domu, nie wiedziałaś, czy lecieć będą bajki Disneya czy psychodeliczna muzyka filmowa.
Odpowiedź na te pytania przyszła później, dużo później. „Bałam się tego, za czym teraz tęsknię – za utratą moich wyobrażeń o tym, jak mogło być, a jak przecież nigdy nie było”.

Gdy przeszedł wiosenny dzień, było już postanowione. Chciałaś odejść, dla dobra siebie i ukochanego, niekiedy bowiem rozstanie to największy dar, jaki możemy dać osobie, którą kochamy całym sercem. Wtedy, gdy miłość jest zbyt chora, ma za wysoką gorączkę, gdy oczekiwania są zbyt wysokie, a niedopowiedzenia już dawno przekroczyły ilość rozmowy. Gdy naprawdę kocha się siebie samego i drugiego człowieka, chce się szczęścia i uśmiechu. A szczęście czasem umiera, właśnie wtedy, gdy jesteśmy razem.

Słońce świeciło, pas wżynał Ci się w lewe ramię, a muzyka mocno wgryzała się w mózg. Zaczęło się niewinnie – od rozmowy o ludziach, o świecie. W zasadzie to nie, zaczęło się od gry w skojarzenia: „miłość-rozczarowanie; krowa-kotlet; dobroć-bzdura; zaufanie-naiwność; uśmiech-fałsz”. Miałaś łzy w oczach. I oczami wyobraźni widziałaś czarę, która powoli się przelewała. „Zachowujesz się jak kretynka z tym ciągłym uśmiechem i miłością do innych!”. Zatrzymałaś auto. Kazałaś mu wysiąść. Powiedział, że chciał Cię sprowokować, byś zaczęła rozmawiać. Poprosiłaś, by spakował swoje rzeczy. Wróciłaś po tygodniu do pół pustego mieszkania.

Płakałaś. Głośno. Wokoło paliły się świecie, grała muzyka. Płakałaś pod wieczór i w nocy, z powodu straty, ale i z ulgi. Ze strachu przed tym, co teraz będzie – bez planu – i z podniecenia tym, co teraz będzie – bez planu. Płakałaś, bo zrobiłaś to, co mogłaś – najlepiej jak mogłaś. Z miłości odeszłaś, by w złej miłości nie tkwić. Odeszłaś, bo kiedyś też ktoś tak odszedł i to był najlepszy prezent w Twoim życiu. Miłość jest od dobrych wyborów, a dobry wybór powinien nieść za sobą spokój i szczęście. Niekiedy w duecie, a niekiedy solo. Zgasiłaś świeczki i poszłaś spać. A problemów nie było – ani w dzień, ani w noc.

Do Ciebie, który nie potrzebujesz przyjaciół i Do Ciebie: ratuj naszą planetę.

Zawsze możesz też polubić fanpage Pisadła: TU
i Zosieńkowe Kochaj: TU.