Do Ciebie, który nie masz celu w życiu.

Siedzieliśmy przy stole, słuchaliśmy muzyki. Było zimowe popołudnie gdzieś na północy Anglii, z nieba – jak co dzień – padał deszcz, z naszych ust – jak co wieczór – płynęły strumienie słów. Mówiłam o tym, jak bardzo frustruje mnie fakt, że tak wiele osób nie korzysta w pełni z możliwości, jakie daje im świat, nie wykorzystują swojego potencjału, robią rzeczy, które niczego nie wnoszą. Podniosłam zapłakane oczy i spojrzałam w jego roześmianą twarz.

„Zosiu, ale wiesz, nie każdy musi robić rzeczy wielkie, nie każdy musi chcieć zbawiać świat, niektórzy mogą po prostu żyć z dnia na dzień bez większych celów i po prostu być”.

Nie wiesz nawet, jak bardzo nie chciałam się z nim wówczas zgodzić! Że co? Że trzeba niektórym po prostu pozwolić być? Że nie każdy musi chcieć działać za ośmiu i z sensem, jak ja? Ale jak to?

Ten spokojny wesoły blondyn wziął mnie wtedy za rękę i powiedział: „Daj ludziom żyć tak, jak chcą i jak mogą, niektórzy jeszcze nie doszli do tego etapu, w którym będą zmieniać świat; zrobią to w kolejnym życiu, a może i za dwa; nie spalaj się za nich”. Nie ma ludzi gorszych, lepszych, mniej czy bardziej ogarniętych – są ludzie różni. I to jest dobre, i to jest ok.

Oj, długo zajęło mi zrozumienie tego, co mówił. Często dojrzewam do ważnych słów po 2-3 lata. Tak było też ze zdaniem innego blondyna, siedzącego pod ususzonymi różami „Tak to działa, nie można wiecznie być na haju życia i skakać jak sarenka, czasami jest tak, że jest Ci bardzo bardzo dobrze, a po chwili spadasz w dół – to po to, byś mogła złapać równowagę, Zoś, serio, nie wściekaj się na mnie”. Po dwóch latach sama doszłam do tego wniosku, z którym wcześniej tak wojowałam.

Nie masz celu w życiu, mówisz… A może czasem cel nie musi być wielki, wzniosły, mistyczny? Może niekiedy celem wystarczy, by było: wstać rano, zjeść śniadanie, umyć zęby, iść do pracy, pójść do kina i poczytać książkę? Może celem niech będzie odliczać czas do końca każdej godziny i nie zwariować? Może spojrzenie na siebie w lustrze i powiedzenie: „Lubię Cię”?

Współczesne społeczeństwo nam powiedziało, że cele muszą być wielkie, że musimy zmieniać świat, kończyć studia, budować kariery, tworzyć nowe teorie naukowe, kupować domy i nowe auta, chodzić do fancy knajp, a nasze życie „ma coś znaczyć”. Że to nam da szczęście i poczucie spełnienia. A ja właśnie myślę, że celem powinno być to, by być szczęśliwym – tak o.

Moim celem od paru lat jest, by co roku latem pojechać na parę tygodni na wschód Polski. Kąpać się w czystych jeziorach i pływać w lodowatych rzekach. Łapać zachody słońca do słoika i wypuszczać je o wschodzie. Słuchać świerszczy, oglądać świetliki. Największą radość sprawiają mi rozmowy z przyjaciółmi, a spełniona czuję się wówczas, gdy jestem z ludźmi. Moim celem jest dawanie dobra światu – i co z tego, że średnio mam na koncie 100 zł? Każdy z nas ma cele na miarę swoich możliwości i potrzeb.

Ludzie są różni, kolorowi i podłużni. Ja ostatnio uczę się, że niekiedy są dni albo i tygodnie, w których można robić nic. Bez kreatywności, produktywności, tylko praca, zarobek i prezistnienie – i to jest ok. Moja dusza płacze, ale gdy nie ma motywacji, inspiracji, albo za dużo dzieje się złych rzeczy dookoła – nie da się zmusić do tego, by błyszczeć, motywować do działania. Niekiedy się po prostu jest, trzeba sobie na to pozwolić.

Nie każdy musi mieć wielkie cele, nie każdy musi działać 24 godziny na dobę, nie każdy musi być drugim Jobsem, Picassem, Zuckerbergiem. Możesz być sobą, dużo się śmiać, pysznie gotować, podkładać głos postaciom z kreskówek. O jedno Cię proszę – niech będzie w Tobie dużo dobroci dla siebie, to wystarczy.

Zosieńkowe Kochaj i Życiowa Droga.

A tu fanpage Pisadła – po więcej tekstów: KLIK.